Menu

O Gabrieli

O Lucjanie

Teksty

Piosenki - MP3
O Gabrieli
 

Urodziłam się w Sylwestra. Nie pamietam, czy dobrze się bawiłam, gdyż upłynęło od tego czasu sporo lat... Z zawodu jestem nauczycielką i bibliotekarką. Czuję się sosnowiczanką, gdyż urodziłam sie w tym mieście i wychowałam. Aktualnie mieszkam w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Przeprowadziłam się w te piękne okolice, gdyż jestem miłośniczką przyrody i zwierząt (szczególnie piesków). Interesuję się malarstwem (kiedyś chętnie rysowałam i malowałam), poezją i sama piszę wiersze. Niektóre z nich ukazały sie w druku ("Kącik poezji", "Czytelnicy do piór", "Wierszówka"). Poniżej zamieszczam te, które najbardziej lubię. Od niedawna jestem autorką tekstów piosenek. Jedna z nich została nagrodzona w konkursie ZAKR-u i zawędrowała aż do finału festiwalu ZAKR-u w Międzyzdrojach ("Taniec smoka").W 2008 roku nagrodę Związku Polskich Autorów i Kompozytorów otrzymały również inne moje teksty piosenek ("Raks Shargi","Świeto Purim"..) a w 2010 - "Dobrana para
"
Moje wiersze mówią o mnie najwięcej - oto one:

Kobiecina

hołubi swój liczny przychówek jak kwoka
o kurczęta dba nadzwyczajnie
i krowę zawsze wydoi na czas
nad każdym pijakiem się ulituje
a nawet uśmiechnie dobrotliwie
że tak się biedakowi przydarzyło

 - przecież Bóg wybacza drobne grzechy

najważniejsze jednak jest to że nigdy nie opuszcza
niedzielnej mszy i pamięta o spowiedzi
 - Świętej

ale kiedy ujrzy w pobliżu wynędzniałego kundla
robi się prawdziwie waleczna - sięga po kamień
bo przecież z takiego darmozjada
nie ma żadnego pożytku a i kurę zadusić może
 

Aż trudno uwierzyć


chrapie przez całą noc przewraca
się na boki i wierzga kończynami
- chyba dręczą go koszmary

jak już wstanie myśli tylko o żarciu
- najchętniej o kęsach mięsnych i tłustych

nie pogardzi nigdy seksem
a za wybranką pobiegnie nawet
- na drugą stronę ulicy

zupełnie jak jego pan

 

 Przykurzony anioł

widok drzewka skrępowanego na balkonie
zasmucał; ale jak już stało na zaszczytnym miejscu
to powiew lasu zbratany z zapachem pasty do podłogi,
tylko ten jeden raz w roku oznajmiał, że są już za pasem…

połyskujące cacka nie sprawiały tyle radości,
co przybrudzony anioł ze skrzydłami z firanki
i koślawe łańcuchy z kolorowych papierków

dzieci i ryby głosu nie mają - gderała sąsiadka
wezwana do mordowania rybek, w odpowiedzi
 na lamenty i deklaracje - my ich i tak jeść nie będziemy

co innego rodzynki, czekoladowe polewy
i miodowy mak, który wyjadały ukradkiem
z przytupem przeganiane przy pomocy kraciastej ścierki

gdy już wszystkie twarze były tak samo odświętne
jak śnieżnobiały obrus, spoglądały w grudniowe niebo
a potem do późna chwaliły tego, który właśnie się narodził

/ z cyklu: polskie  święta w oczach dziecka/

Konkubina

dzień zaczynała od zbierania
nut rozsypanych po kątach -
zalążków tego, co miała kiedyś usłyszeć.
bemole i krzyżyki dopieszczała tak samo
skrupulatnie jak jego wyszukaną garderobę.

w nocy nawiedzały ją niezwykłe melodie,
nigdy wcześniej nie słyszane.
zdarzały się i takie kiedy po piano,
następowało gwałtownie crescendo,
budziła się wtedy szczęśliwa.

zaglądając mu w oczy z zapytaniem,
składała jednocześnie deklaracje
w które przecież nie wątpił.

dla niego była gotowa
pobratać się z czartami, a nawet
wzorem Małgorzaty spróbować lotu na miotle,
pomimo wrodzonego lęku wysokości


pewnego dnia maestro postanowił
zostać księgowym

Pokażę wam figę z makiem

na przekór datom wszelakim i metrykom
nie założę nawet za dwadzieścia lat
dostojnego kapelusza ani myśli matrony

nie wadzi mi kąśliwość życzliwych sąsiadek
że włosy za długie i spodnie przyciasne
no i że  nie wypada tańczyć na ulicy

utkwiłam gdzieś po drodze i dobrze mi z tym
dlaczego niby nie mogę tak pozostać
nie wpychajcie mnie nigdy na siłę
w miejsce niechciane biurokraci nieznośni

 

Zrozumieć

moje myśli z każdym dniem
poszukują go coraz uporczywiej
i teraz już prawie każde zdarzenie
rozbierają na czynniki pierwsze
by dociec i zrozumieć

zatrzymują się czasem przy uśmiechach
przechodniów w blaskach słonecznego dnia
i przy wieściach z ludzkich a nieludzkich wojen
jeśli wdepną po drodze w beznadzieję hospicjum
rejterują

aby znowu za jakiś czas rozpocząć walkę
o wiarę w jego istnienie we wszystkie poranki
gdy na dźwięk natrętnego budzika
trzeba samą siebie przekonać
że warto mimo wszystko wstać

i dalej wypatrywać

Karzeł

Czas ostatnimi czasy
filcuje mi się bez opamiętania
jak mój ulubiony stary sweter
i podobnie jak on
staje się wyblakły od zdarzeń

które momentami nabierają kolorów
i brylują na dawnych salonach
 

niestety w obydwu przypadkach
filcowanie jest nieodwracalne


Dzień jak co dzień

najazd porannych myśli

jedna nachodzi na drugą

niektóre obiecujące

 

Na ulicy wchodzą w każdą szarość

zakamarków

listopadowy smog odbiera

im niedawny wigor

odziera  z  pozłoty

 

Zamknięte w oszklonym biurze

wiedzą już że nie ta się wyjść

przed szereg

kapitulują

 

Uśpione, zniechęcone

nie akcentują już

swojej osobowosci

przepuszczają się nawzajem

przodem

z  kurtuazją

 

 

Subiektywne

 

wyświetlasz się w moich oczach

nieoczekiwanie cię dostrzegam

w gestach skopiowanych

przyzwyczajeniem

 

w czerwcowym powiewie

który przynosi zapachy

takie jak wtedy

 

w pudełku po czekoladkach

w którym przyduszam wspomnienia

jesteś na samym brzegu

 

kiedyś nawet się ukryłeś

za drzewem

żartowniś jak zwykle

 

są tacy którzy mówią że cię

już  nie ma

 

 

 

Odwrotnie

 

Weź Boże nasze ciała do nieba

Niech poczują się tam niebiańsko

 

A dusze pozostaw na Ziemi

Ona stanie się wtedy

czysta

spokojna spokojem dusz

i taka nieziemska

 

Już nie będą potrzebne cmentarze

 

I ulegnie wreszcie przedawnieniu

grzech Adama i Ewy

 

 Dar zapominania                                                                   

 

Za dar zapominania znów Bogu podziękuj

Gdy każdy dzień kolejny cię mrokiem obdarza

A świat cały przesłania cień smutku i lęku

Razi nawet śmiech szczery i radość na twarzach

 

Nie słyszysz dźwięku cykad ani ostrych zgrzytów

Słowa wokół tak puste jakby ich nie było

Trudno ci noc głęboką odróżnić od świtu

Bezruch się przeplata ze smutna pantomimą

 

Godzin martwych i długich nie widać wciąż końca

Masz wokół jakby tkaną z mgieł ciemnych zasłonę

Lecz kiedyś znowu ujrzysz jasność gwiazd i słońce

Smutki zawsze zostają przez czas znieczulone.

 

 

 Powiew

 

Kiedy cię nagle pierwszy jej powiew dotyka

Chłoniesz ją jak podarek  najlepszy od losu

A śpiew ptaków  ta najczystsza z czystych muzyka

Roznoszą radość wokół symfonią stu głosów

 

Gdy cię zapach świeżości znienacka odurzy

Chcesz zawołać głośno - dobrze że tutaj jestem!

Cały się w tych wiośnianych powiewach zanurzyć

Cieszyć się tak jak dziecko tym natury gestem

 

Krokusa, który wyjrzał ze zmęczonej trawy

Podziwiasz tak gorliwie jak paproci kwiaty

A ten nieśmiały promień, co w liściach się bawi

Daje znów obietnicę na słońca karaty

 

naszym braciom mniejszym...

 Los

Przykuty do swojego losu

łańcuchem

Powłóczący łapami

Dygoczący z zimna

Szkielet wiejskiego kundla

Szuka kęsa dobroci

I łaskawej ręki człowieczeństwa

Najlepszy nasz przyjaciel

A jego wierne oczy

Gasną … z rozpaczy

Ukarany
 
to nie była waza z epoki Ming
ale Pan  krzyczał i machał rękami
kiedy rozbiła się w drobny mak

nikt już nie pamiętał
o słodkim mruczmurando
i kojących dotykach futerka

Pan zadbał o wygodę w podróży
tekturowe pudełko było duże
i szczelnie oklejone mocną taśmą

 łapki chociaż zwinne nie poradziły sobie z nią
 kiedy na przystanku powiało zimą
 okrutnie
 

Najwierniejsze…

 

W tym obłudnym świecie bywa wierność bez granic

A i radość niezwykła chociaż powód marny
Tylko wy kochacie absolutnie i za nic
Byle pan był wciąż blisko, kęs rzucił, garść karmy

Na Niebieskie Łąki zasłużyłyście wszystkie
Bo dlaczego nie dać wam przywileju tego
I tym z wielką rasą i tym ze zwykłym pyskiem
Przecież każdy, kto kocha winien dostać niebo

Może to tam wiarę w ludzkie serca odzyskacie
Także ten uwiązany do drzewa co wciąż czekał
I do końca skamlając zmawiał swój psi pacierz
Kiedy był już za słaby, by zawyć i szczekać

Na tych łąkach ktoś legowisko wam wymości
Z daleka od  bezmyślnych, podłych i okrutnych
Tam powita was miska pełna smacznych kości
A najwierniejsze oczy nie zapłaczą smutkiem



Na wesoło...

Moskaliki


Kto mi powie że Polacy,
Nie pochodzą od Sarmatów,
Temu na kościelnym placu
Nawymyślam od psubratów!

Jeśli stwierdzisz, że pokora
Naszą cechą narodową,
Wyzwę cię od Belfegora
Tuż pod „świętą” Częstochową!

Powiesz głośno: dzisiaj w sejmie
Padnie wreszcie głos mądrości.
W Wieży Mysiej cię dopadnę
Pogruchotam Twoje kości!

Wmawiasz ludziom - politycy
kwintesencją są narodu
Trzepnę cię po potylicy
W centrum krakowskiego grodu!

 

 I wspomieniowo (babci)

Okruszki

Kiedy z nieba lecą śnieżne okruszki
Sięgam w głąb przepastnej szuflady
Drzemią w niej łaszki , damskie ciuszki
A na dnie szal niby - kolorowy,
lecz już nieco blady

Przytulam go z lubością,
choć czas zabrał tęczę
I widzę postać wróżki Dobrej Zjawy
Ośnieżoną jej głowę, dobrotliwe ręce
Śmigające drutami jakby dla zabawy.
Wyczarowuje ona z wełny kłębuszków
Tysiące wspomnień - okruszków.

Okruszki ciastek z kleksikiem róży
I rozbitego kubka z misiaczkiem na froncie
Okruszki bajek z chatką i nóżką kurzą.
I złą Jagą - Babą stojącą gdzieś w kącie.
Okruszki białych konwalii i nut kołysanek
Rozsypują się nagle, odchodzą w nieznane

Otulam się szalem niby - kolorowym
Podchodzę do okna i wychylam głowę
A tam, jak z rękawa mojej Dobrej Wróżki
Spadają z nieba

wspomniane okruszki.

 

 

i kolorowo ...

Marzenia malarki



Na skraju nocy majowej

Pachnącej słodką konwalią

W krainie zielono-białej

Zjawił się sen kolorowy

Z palety czerwień wygarnął

I zabrał gdzieś poza ramy

Pomiędzy niebem a ziemią

Szkarłatem przestrzeń nakarmił

Malując tęczę uniesień

Wyminął aż  Wielki Wóz

Gwiazdy nasycił płomieniem

W głębię stubarwną je niósł

Odszedł nad samym ranem

Taki… wyblakły kochanek

 

I z nutką zadumy..


Matce

Choćby była daleko stąd

To zawsze blisko czuwa

A kiedy płyniesz gdzieś pod prąd

Kokonem cię osnuwa


Pogłaszcze muślinem tkliwym

Gdy życie chce wysmagać

Odsunie w dal niedolę

Pomyślny wiatr wybłaga


Jej dotyk jest jak balsam

Na losu rany bolące

A uśmiech najcieplejszy

Chce cię ogrzać Słońcem


Tęsknota


Gdybyście byli tam  na pewno

Poszłabym do Was w noc Absolutną ,

Bezgwiezdną, jak heban ciemną.

Bez zbędnych gestów zaproszenia

i niebieskiej wizy

Bez sukien, nowych szpilek,

wypchanej walizy

Gdybyście byli tam na pewno

Powędrowałabym do Was bez wahania

Pomimo epikurejskich nawyków

I smaków wyrafinowanej rozkoszy

Pomimo

No, może moment pożegnania

No może?

Lecz potem poszłabym, jak ślepiec

Trzymający się nikłej smugi światła.



ZA DUSZKI

Z szeleszczących liści

I mgieł mrocznych połaci

Wysnuwają się jak sen

Najbliższe lecz już odległe postaci

Mieszają nam myśli

Łącząc nadzieję z lękiem

Naszą tęsknotą bolesną wzywani

I przejmujących dzwonów dźwiękiem

Odchodzą w nieznane

niezapomniani



Niewdzięczne

 

Przywierasz do niego z całej siły

Atawistycznego przywiązania

Śpiewasz w nim radośnie o poranku

Zamyślasz się gdy zmierzch nadchodzi

A ono odpycha cię najpierw lekko

Potem coraz dotkliwiej i mocniej

Aż odepchnie

daleko od siebie

 


 

 

 

 

Ogłoszenia
Kontakt

 Wszelkie pytania prosimy wysyłać na gabriela@goldpak.pl

Na stronie znajdują się piosenki nagrodzone przez Związek Autorów i Kompozytorów Polskich :"Taniec smoka","Raks shargi","Święto Purim"...Jedna z nich -"Taniec smoka"- została wykonana na Międzynarodowym Festiwalu w Międzyzdrojach.   Piosenkę "Dzis w Lelowie gra muzyka"wykonano na Festiwalu Dwóch Kultur a inne piosenki żydowskie na licznych koncertach Danqi Stankiewicz.

Wkrótce ukaże się płyta (pt.Tradycja), w której zaistnieją nasze piosenki.

"Wyjdź poza ramy" -  tomik poezji Gabrieli Bartnickiej (wyd. grudzień 2009 r)



Współpraca

Poszukujemy wykonawców naszych piosenek. Zapewniamy współpracę muzyczną - aranżacja,nagranie podkładów itp.