| |
 |
 |
Urodziłam się w Sylwestra. Nie pamietam, czy dobrze się bawiłam, gdyż upłynęło od tego czasu sporo lat... Z zawodu jestem nauczycielką i bibliotekarką. Czuję się sosnowiczanką, gdyż urodziłam sie w tym mieście i wychowałam. Aktualnie mieszkam w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Przeprowadziłam się w te piękne okolice, gdyż jestem miłośniczką przyrody i zwierząt (szczególnie piesków). Interesuję się malarstwem (kiedyś chętnie rysowałam i malowałam), poezją i sama piszę wiersze. Niektóre z nich ukazały sie w druku ("Kącik poezji", "Czytelnicy do piór", "Wierszówka"). Poniżej zamieszczam te, które najbardziej lubię. Od niedawna jestem autorką tekstów piosenek. Jedna z nich została nagrodzona w konkursie ZAKR-u i zawędrowała aż do finału festiwalu ZAKR-u w Międzyzdrojach ("Taniec smoka").W 2008 roku nagrodę Związku Polskich Autorów i Kompozytorów otrzymały również inne moje teksty piosenek ("Raks Shargi","Świeto Purim"..) a w 2010 - "Dobrana para
"
Moje wiersze mówią o mnie najwięcej - oto one:
Kobiecina
hołubi swój liczny przychówek jak kwoka
o kurczęta dba nadzwyczajnie
i krowę zawsze wydoi na czas
nad każdym pijakiem się ulituje
a nawet uśmiechnie dobrotliwie
że tak się biedakowi przydarzyło
- przecież Bóg wybacza drobne grzechy
najważniejsze jednak jest to że nigdy nie opuszcza
niedzielnej mszy i pamięta o spowiedzi
- Świętej
ale kiedy ujrzy w pobliżu wynędzniałego kundla
robi się prawdziwie waleczna - sięga po kamień
bo przecież z takiego darmozjada
nie ma żadnego pożytku a i kurę zadusić może
Aż trudno uwierzyć
chrapie przez całą noc przewraca
się na boki i wierzga kończynami
- chyba dręczą go koszmary
jak już wstanie myśli tylko o żarciu
- najchętniej o kęsach mięsnych i tłustych
nie pogardzi nigdy seksem
a za wybranką pobiegnie nawet
- na drugą stronę ulicy
zupełnie jak jego pan
Przykurzony anioł
widok drzewka skrępowanego na balkonie
zasmucał; ale jak już stało na zaszczytnym miejscu
to powiew lasu zbratany z zapachem pasty do podłogi,
tylko ten jeden raz w roku oznajmiał, że są już za pasem…
połyskujące cacka nie sprawiały tyle radości,
co przybrudzony anioł ze skrzydłami z firanki
i koślawe łańcuchy z kolorowych papierków
dzieci i ryby głosu nie mają - gderała sąsiadka
wezwana do mordowania rybek, w odpowiedzi
na lamenty i deklaracje - my ich i tak jeść nie będziemy
co innego rodzynki, czekoladowe polewy
i miodowy mak, który wyjadały ukradkiem
z przytupem przeganiane przy pomocy kraciastej ścierki
gdy już wszystkie twarze były tak samo odświętne
jak śnieżnobiały obrus, spoglądały w grudniowe niebo
a potem do późna chwaliły tego, który właśnie się narodził
/ z cyklu: polskie święta w oczach dziecka/
Konkubina
dzień zaczynała od zbierania
nut rozsypanych po kątach -
zalążków tego, co miała kiedyś usłyszeć.
bemole i krzyżyki dopieszczała tak samo
skrupulatnie jak jego wyszukaną garderobę.
w nocy nawiedzały ją niezwykłe melodie,
nigdy wcześniej nie słyszane.
zdarzały się i takie kiedy po piano,
następowało gwałtownie crescendo,
budziła się wtedy szczęśliwa.
zaglądając mu w oczy z zapytaniem,
składała jednocześnie deklaracje
w które przecież nie wątpił.
dla niego była gotowa
pobratać się z czartami, a nawet
wzorem Małgorzaty spróbować lotu na miotle,
pomimo wrodzonego lęku wysokości
pewnego dnia maestro postanowił
zostać księgowym
Pokażę wam figę z makiem
na przekór datom wszelakim i metrykom
nie założę nawet za dwadzieścia lat
dostojnego kapelusza ani myśli matrony
nie wadzi mi kąśliwość życzliwych sąsiadek
że włosy za długie i spodnie przyciasne
no i że nie wypada tańczyć na ulicy
utkwiłam gdzieś po drodze i dobrze mi z tym
dlaczego niby nie mogę tak pozostać
nie wpychajcie mnie nigdy na siłę
w miejsce niechciane biurokraci nieznośni
Zrozumieć
moje myśli z każdym dniem
poszukują go coraz uporczywiej
i teraz już prawie każde zdarzenie
rozbierają na czynniki pierwsze
by dociec i zrozumieć
zatrzymują się czasem przy uśmiechach
przechodniów w blaskach słonecznego dnia
i przy wieściach z ludzkich a nieludzkich wojen
jeśli wdepną po drodze w beznadzieję hospicjum
rejterują
aby znowu za jakiś czas rozpocząć walkę
o wiarę w jego istnienie we wszystkie poranki
gdy na dźwięk natrętnego budzika
trzeba samą siebie przekonać
że warto mimo wszystko wstać
i dalej wypatrywać
Karzeł
Czas ostatnimi czasy
filcuje mi się bez opamiętania
jak mój ulubiony stary sweter
i podobnie jak on
staje się wyblakły od zdarzeń
które momentami nabierają kolorów
i brylują na dawnych salonach
niestety w obydwu przypadkach
filcowanie jest nieodwracalne
Dzień jak co dzień
najazd porannych myśli
jedna nachodzi na drugą
niektóre obiecujące
Na ulicy wchodzą w każdą szarość
zakamarków
listopadowy smog odbiera
im niedawny wigor
odziera z pozłoty
Zamknięte w oszklonym biurze
wiedzą już że nie ta się wyjść
przed szereg
kapitulują
Uśpione, zniechęcone
nie akcentują już
swojej osobowosci
przepuszczają się nawzajem
przodem
z kurtuazją
Subiektywne
wyświetlasz się w moich oczach
nieoczekiwanie cię dostrzegam
w gestach skopiowanych
przyzwyczajeniem
w czerwcowym powiewie
który przynosi zapachy
takie jak wtedy
w pudełku po czekoladkach
w którym przyduszam wspomnienia
jesteś na samym brzegu
kiedyś nawet się ukryłeś
za drzewem
żartowniś jak zwykle
są tacy którzy mówią że cię
już nie ma
Odwrotnie
Weź Boże nasze ciała do nieba
Niech poczują się tam niebiańsko
A dusze pozostaw na Ziemi
Ona stanie się wtedy
czysta
spokojna spokojem dusz
i taka nieziemska
Już nie będą potrzebne cmentarze
I ulegnie wreszcie przedawnieniu
grzech Adama i Ewy
Dar zapominania
Za dar zapominania znów Bogu podziękuj
Gdy każdy dzień kolejny cię mrokiem obdarza
A świat cały przesłania cień smutku i lęku
Razi nawet śmiech szczery i radość na twarzach
Nie słyszysz dźwięku cykad ani ostrych zgrzytów
Słowa wokół tak puste jakby ich nie było
Trudno ci noc głęboką odróżnić od świtu
Bezruch się przeplata ze smutna pantomimą
Godzin martwych i długich nie widać wciąż końca
Masz wokół jakby tkaną z mgieł ciemnych zasłonę
Lecz kiedyś znowu ujrzysz jasność gwiazd i słońce
Smutki zawsze zostają przez czas znieczulone.
Powiew
Kiedy cię nagle pierwszy jej powiew dotyka
Chłoniesz ją jak podarek najlepszy od losu
A śpiew ptaków ta najczystsza z czystych muzyka
Roznoszą radość wokół symfonią stu głosów
Gdy cię zapach świeżości znienacka odurzy
Chcesz zawołać głośno - dobrze że tutaj jestem!
Cały się w tych wiośnianych powiewach zanurzyć
Cieszyć się tak jak dziecko tym natury gestem
Krokusa, który wyjrzał ze zmęczonej trawy
Podziwiasz tak gorliwie jak paproci kwiaty
A ten nieśmiały promień, co w liściach się bawi
Daje znów obietnicę na słońca karaty
naszym braciom mniejszym...
Los
Przykuty do swojego losu
łańcuchem
Powłóczący łapami
Dygoczący z zimna
Szkielet wiejskiego kundla
Szuka kęsa dobroci
I łaskawej ręki człowieczeństwa
Najlepszy nasz przyjaciel
A jego wierne oczy
Gasną … z rozpaczy
Ukarany
to nie była waza z epoki Ming
ale Pan krzyczał i machał rękami
kiedy rozbiła się w drobny mak
nikt już nie pamiętał
o słodkim mruczmurando
i kojących dotykach futerka
Pan zadbał o wygodę w podróży
tekturowe pudełko było duże
i szczelnie oklejone mocną taśmą
łapki chociaż zwinne nie poradziły sobie z nią
kiedy na przystanku powiało zimą
okrutnie
Najwierniejsze…
W tym obłudnym świecie bywa wierność bez granic
A i radość niezwykła chociaż powód marny
Tylko wy kochacie absolutnie i za nic
Byle pan był wciąż blisko, kęs rzucił, garść karmy
Na Niebieskie Łąki zasłużyłyście wszystkie
Bo dlaczego nie dać wam przywileju tego
I tym z wielką rasą i tym ze zwykłym pyskiem
Przecież każdy, kto kocha winien dostać niebo
Może to tam wiarę w ludzkie serca odzyskacie
Także ten uwiązany do drzewa co wciąż czekał
I do końca skamlając zmawiał swój psi pacierz
Kiedy był już za słaby, by zawyć i szczekać
Na tych łąkach ktoś legowisko wam wymości
Z daleka od bezmyślnych, podłych i okrutnych
Tam powita was miska pełna smacznych kości
A najwierniejsze oczy nie zapłaczą smutkiem
Na wesoło...
Moskaliki
Kto mi powie że Polacy,
Nie pochodzą od Sarmatów,
Temu na kościelnym placu
Nawymyślam od psubratów!
Jeśli stwierdzisz, że pokora
Naszą cechą narodową,
Wyzwę cię od Belfegora
Tuż pod „świętą” Częstochową!
Powiesz głośno: dzisiaj w sejmie
Padnie wreszcie głos mądrości.
W Wieży Mysiej cię dopadnę
Pogruchotam Twoje kości!
Wmawiasz ludziom - politycy
kwintesencją są narodu
Trzepnę cię po potylicy
W centrum krakowskiego grodu!
I wspomieniowo (babci)
Okruszki
Kiedy z nieba lecą śnieżne okruszki
Sięgam w głąb przepastnej szuflady
Drzemią w niej łaszki , damskie ciuszki
A na dnie szal niby - kolorowy,
lecz już nieco blady
Przytulam go z lubością,
choć czas zabrał tęczę
I widzę postać wróżki Dobrej Zjawy
Ośnieżoną jej głowę, dobrotliwe ręce
Śmigające drutami jakby dla zabawy.
Wyczarowuje ona z wełny kłębuszków
Tysiące wspomnień - okruszków.
Okruszki ciastek z kleksikiem róży
I rozbitego kubka z misiaczkiem na froncie
Okruszki bajek z chatką i nóżką kurzą.
I złą Jagą - Babą stojącą gdzieś w kącie.
Okruszki białych konwalii i nut kołysanek
Rozsypują się nagle, odchodzą w nieznane
Otulam się szalem niby - kolorowym
Podchodzę do okna i wychylam głowę
A tam, jak z rękawa mojej Dobrej Wróżki
Spadają z nieba
wspomniane okruszki.
i kolorowo ...
Marzenia malarki
Na skraju nocy majowej
Pachnącej słodką konwalią
W krainie zielono-białej
Zjawił się sen kolorowy
Z palety czerwień wygarnął
I zabrał gdzieś poza ramy
Pomiędzy niebem a ziemią
Szkarłatem przestrzeń nakarmił
Malując tęczę uniesień
Wyminął aż Wielki Wóz
Gwiazdy nasycił płomieniem
W głębię stubarwną je niósł
Odszedł nad samym ranem
Taki… wyblakły kochanek
I z nutką zadumy..
Matce
Choćby była daleko stąd
To zawsze blisko czuwa
A kiedy płyniesz gdzieś pod prąd
Kokonem cię osnuwa
Pogłaszcze muślinem tkliwym
Gdy życie chce wysmagać
Odsunie w dal niedolę
Pomyślny wiatr wybłaga
Jej dotyk jest jak balsam
Na losu rany bolące
A uśmiech najcieplejszy
Chce cię ogrzać Słońcem
Tęsknota
Gdybyście byli tam na pewno
Poszłabym do Was w noc Absolutną ,
Bezgwiezdną, jak heban ciemną.
Bez zbędnych gestów zaproszenia
i niebieskiej wizy
Bez sukien, nowych szpilek,
wypchanej walizy
Gdybyście byli tam na pewno
Powędrowałabym do Was bez wahania
Pomimo epikurejskich nawyków
I smaków wyrafinowanej rozkoszy
Pomimo
No, może moment pożegnania
No może?
Lecz potem poszłabym, jak ślepiec
Trzymający się nikłej smugi światła.
ZA DUSZKI
Z szeleszczących liści
I mgieł mrocznych połaci
Wysnuwają się jak sen
Najbliższe lecz już odległe postaci
Mieszają nam myśli
Łącząc nadzieję z lękiem
Naszą tęsknotą bolesną wzywani
I przejmujących dzwonów dźwiękiem
Odchodzą w nieznane
niezapomniani
Niewdzięczne
Przywierasz do niego z całej siły
Atawistycznego przywiązania
Śpiewasz w nim radośnie o poranku
Zamyślasz się gdy zmierzch nadchodzi
A ono odpycha cię najpierw lekko
Potem coraz dotkliwiej i mocniej
Aż odepchnie
daleko od siebie
|